Ostatnia modyfikacja tej strony: 15 czerwca 2005    |    Dzisiaj jest:  

powrót |

 Gazeta Studencka
 "Ambitni populiści"
 (maj 2004)

  Myslovitz to pierwsi od niepamiętnych czasów polscy muzycy, którym udało się zaistnieć na Zachodzie.

  Gdy dwa lata temu zakopiańscy kibice obrzucili śnieżkami i puszkami po piwie zwycięskiego Svena Hannavalda, niemiecki trener kadry skoczków komentował to w ten sposób: Nie ma się co dziwić. Wy macie tylko Papieża i Adama Małysza. Możemy więc podleczyć swoje narodowe ego, bo okazuje się, że nie tylko - naszym kolejnym towarem eksportowym jest pop-rock z Mysłowic. Co ważne, jest to towar eksportowy nie tylko w opinii samych muzyków czy menedżerów zespołu. Dotychczas bowiem często bywało tak, że za "wielki sukces zagraniczny" uważano występy dla przypadkowej publiki w klubach polonijnych albo wstępne propozycje kontraktu (przypadek Lady Pank). A tego, że Czesław Niemen bliski był wielkiej międzynarodowej kariery (podpisał umowę z wytwórnią CBS), nie pamiętają już najstarsi górale.

  Czy Oni nie są za starzy?

  Tymczasem skuteczny lobbing na rzecz Myslovitz wytwórni Pomaton EMI spowodował ciepłe przyjęcie za granicą anglojęzycznej wersji albumu "Korova Milky Bar" (pozytywne recenzje, częste emisje teledysku "Solitude Sound" we wszystkich europejskich oddziałach MTV). Jesienią ub.r. zespół zagrał trasę po Europie Zachodniej promującą album - kluby były zapełnione, a publiczność reagowała bardzo entuzjastycznie. Myslovitz grali też wcześniej trasy jako support wielkich (choć nieco gasnących) zagranicznych gwiazd - Iggy Popa, Simple Minds, ostatnio natomiast poprzedzali Travisa.

Muzycy zachowują jednak zimną krew, starają się nie zachłysnąć tymi sukcesami. Deklarują, że tak naprawdę są zespołem, który na Zachodzie nic nie znaczy , że... być może są już trochę za starzy na to, aby osiągać za granicą spektakularne sukcesy. I biorąc pod uwagę średnią wieku gitarowych sensacji z ostatnich lat - dwudziestolatków z The Coral i The Libertines - ma Rojek sporo racji, mówiąc, że dla rockmanów po trzydziestce może na tym boisku zabraknąć miejsca do zabawy. Czy rzeczywiście nie mają szans na stanie się polskimi The Hives, pokaże zapewne następnych parę lat. Ale nawet gdyby muzycy Myslovitz nie podbili zagranicznych rynków muzycznych, to i tak miejsce w historii polskiego rocka mają zapewnione.

  Alternatywa i gimnazjalistki

  Zaczynali w 1992 roku przy Domu Kultury w Mysłowicach jako The Freshmen (czyli Nowicjusze), gdy byli na pierwszych latach studiów i nie umieli za bardzo posługiwać się instrumentami. Dwa lata później (już jako Myslovitz) mieli w kieszeni zwycięstwo na prestiżowej imprezie Mokotowska Jesień Muzyczna i podpisany kontrakt z firmą MJM. 1995 rok kwoczyli z nominacją do Fryderyka. Potem laurów tego rodzaju było jeszcze mnóstwo, a co najważniejsze, łączyły się z nimi sukcesy nie tylko komercyjne.

  Co tak naprawdę zadecydowało o popularności zespołu? Debiut płytowy Myslovitz ukazał się w czasie, gdy grunge dogorywał, a królowała moda rodem z Anglii, czyli britpop. Być może dlatego ich twórczości przypięto etykietkę polskiego britpopu, choć zespół korzystał przecież z wielu rockowych tradycji - tych zapoczątkowanych przez The Beatles (czyli np. britpopowe Oasis), ale też tych wywodzących się z amerykańskiej alternatywy, czerpał także z chwalebnych tradycji polskiej piosenki (Czerwone Gitary, Niemen).

  Jednak to nie śledzący inspiracje krytycy muzyczni kupowali tysiące płyt i przybywali licznie na koncerty. Inspiracje, choćby nie wiadomo jak były zacne, obchodzą nielicznych. Ważniejsze, że niekwestionowaną cechą utworów Myslovitz jest ich przebojowość - mało kto pozostaje obojętny wobec melancholijnej melodii "Sprzedawców marzeń" czy refleksyjnego tekstu "Długości dźwięku samotności". Gdy dorzucić do tego charyzmę Artura Rojka, jego delikatny, chłopięcy głos i w większości niegłupie miłosno-obyczajowo-życiowe teksty, to mamy zespół stworzony po prostu do osiągania sukcesów. Oczywiście jest to pewien stereotyp - "ładni chłopcy znikąd grający na gitarach ładne piosenki" - która była i będzie nieznośnie eksploatowana, ale zespół Artura Rojka znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie. Miał poza tym ogromne szczęście do menedżerów i współpracowników (m.in. dźwiękowiec Ian Harris, który kiedyś nagłaśniał koncerty kultowych Joy Division). Wypełnił lukę pomiędzy zaangażowanym rockiem, ambitnymi i skomplikowanymi produkcjami i zupełnie błahym radiowym popem. Rojek i spółka kokietowali zarówno fanów "przystępnej" alternatywy rockowej, jak i gimnazjalistki słuchające Natalii Kukulskiej. Obie grupy z powodzeniem.

  Jak drewno do lasu?

  Ten muzyczny populizm nie był nigdy w przypadku Myslovitz wartością samą w sobie. Właściwie z każdą kolejną płytą potwierdzali oni bowiem swoją rynkową i artystyczną wartość (trzeba pamiętać, że Myslovitz to nie tylko Rojek - piosenki są autorstwa całego zespołu). Na drugiej płycie, "Sun Machine" (1996), znalazły się wielkie hity ("Peggy Brown", "Z twarzą Marilyn Monroe"), wkrótce nagrali też świetnego i kontrowersyjnego singla "To nie był film". Jeszcze lepiej przyjęta była kolejna płyta "Z rozmyślań przy śniadaniu". Prawdziwym przełomem był jednak czwarty album, "Miłość w czasach popkultury", który stał się wyjątkowo popularny (m.in. trzy Fryderyki, ponad 100 tysięcy sprzedanych płyt). Klasyki takie jak "Chłopcy" czy "Długość dźwięku samotności" umocniły pozycję zespołu w czołówce komercyjnej ekstraklasy.

  Ostatni studyjny album, "Korova Milky Bar" (2002), to dalsze pasmo sukcesów singlowych, dowód muzycznego rozwoju Myslovitz i potwierdzenie ich komercyjnych możliwości (dwa hity - "Acidland" i wspomniani "Sprzedawcy marzeń", jeden Fryderyk plus kilka nominacji). Wcześniej Artur Rojek zaangażował się też w zespół Lenny Valentino, z którym nagrał jedną z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka "Uwaga! Jadzie tramwaj".

  Czy promowanie takiej muzyki np. na Wyspach Brytyjskich to nie zwożenie drewna do lasu. Nieustająca popularność kapel w rodzaju Coldplay, Travis, Oasis czy Suede wskazuje na to, że i dla chłopaków z Mysłowic, prezentujących podobną wrażliwość muzyczną, być może znajdzie się miejsce. Ciekawe tylko, czy oni wolą być naprawdę wielcy tutaj, czy jeszcze raz stać się The Freshmen - nowicjuszami, tym razem w szerokim świecie.

Piotr Kowalczyk
Gazeta Studencka

powrót |

© 2000-2004 Michał Przybycień
© 2004-2010 MoT